poniedziałek, 18 lipca 2016

Sowie opowieści #14 Raven Stark - Hellheaven




Zawsze jest mi ciężko zebrać się do czytania książek koleżanek/kolegów po fachu. Tak, Internetowym fachu, czytaj – blogerów. Ok, nie mówię tutaj o poradnikach i książkach fachowych jak Jason’a. Piszę o opowieściach. Wymyślonym świecie blogera. Dlaczego jest mi tak ciężko? Boję się, że mi się nie spodoba i będzie…. Będzie przykro. Szczególnie, że sama chcę napisać swoja książkę. Są to długofalowe plany, lecz są.

Do tego mozolnie wracam na szlak polskich pisarzy. Mimo przeciwności i wahań, postanowiłam przeczytać. Najwyżej Sylwia utłucze mnie jak ziemniaki na puree :D
Jestem świeżo po lekturze książki o intrygującym tytule Hellheaven napisanej przez Raven Stark. Poznaj moje zdanie na temat przeczytanej powieści J

Zaskoczona własną reakcją przyciągam go obiema rękami, ściskając kurczowo jego koszulę. Chlopak jest pewnie tak samo zaskoczony jak ja, bo kiedy przyciągam go bliżej do siebie, pada jak długi na łóżko - strona 177

Fabuła

Poznaj Camille, która wiedzie życie typowej szesnastolatki. Chodzi do szkoły, ma najlepszą przyjaciółkę i lubi rockowe klimaty. Zmiany zaczynają się od powracającego koszmaru, w którym piękna kobieta zmusza ją do popełnienia samobójstwa. Na domiar złego rodzice, bez uprzedzenia, wysyłają ją do szkoły z internatem. Jeśli tego byłoby mało, dziewczyna dowiaduje się, że jej najlepsza przyjaciółka zostaje porwana.

Co to wszystko ma znaczyć? Kim jest przystojny Max, który cały czas się wokół niej kręci? Po dotarciu do elitarnego Hellheaven, fragmenty układani zaczynają składać się w całość. Tylko, jak w całej sytuacji ma się odnaleźć przerażona szesnastolatka?

Moim zdaniem

O pieczone kurczaki na rożnie… Nie wiem nawet od czego mam zacząć. W książce jest wszystko. Taki wielki kocioł dobroci, mieszany w zastraszającym tempie.

Ok, jak zawsze od początku J
Dawno tyle razy nie bluźniłam przy książce :P Równocześnie ją odkładałam i chciałam kontynuować. Miałam ochotę krzyczeć na całe miasto: Sylwio, dlaczego zmarnowałaś taki potencjał! Tak, książka posiada bardzo fajny zarys fabularny, który mógł się przerodzić w mój: wielbię Cię. Ostatecznie okazała się wielkim rozczarowaniem, którego nie mogę przełknąć do dziś. Autorka nie wyciągnęła świeżości na jaką się zanosiło.

Niestety wyszło dość przeciętnie, że nie powiedzieć źle. Na początku powieść mnie wciągnęła jak zakochany kundel spaghetti, ale im dalej w las tym coraz gorzej.

Jedną z głównych wad jest stylistyka i składnia zdań. W jednym momencie są krótkie, a za chwilę wielokrotnie złożone – aż za bardzo. Styl pisania jest chaotyczny i nierówny jakby autorka nie mogła się do końca zdecydować o czym chce napisać. Na obronę napiszę, że Raven tworząc swoje dzieło miała piętnaście lat. Jest to obrona dla niej, ale nie dla wydawnictwa. Zastanawiam się gdzie był zespół pracujący przy książce? Powinni doradzić, pomóc, pokierować na właściwe tory.


Następną wadą, która przychodzi mi do głowy, jest przerost materii. Ja to tak nazywam :P Opisane jest wszystko. Dosłownie wszystko! Myśli, słowa, czyny. Dialogi nie dzieją się płynnie. Co chwile jakaś ,nie wnosząca sensu, wstawka. Pojawia się zasada : on powiedział, ona powiedziała. Przy rozwoju rozmowy, wyłapanie co kto powiedział przychodzi intuicyjnie, nie powinno być co chwilę wskazywane.

I coś, czego nie znoszę w książkach: ciągły rollercoaster. Jesteśmy tu, a za chwilę tam. Skupiamy się

na jednym wątku, ale nagle wkracza drugi, trzeci i czwarty, Wprowadza to chaos
i zamieszanie. Jakby autorka chciała wszystkie swoje pomysły zmknąć w jednym tomie. Nie wiem tylko po co. Nie ma budoawnia napięcia, które zachęca czytelniak do dalszego poznawiania historii


Główna bohaterka to obraz wszystkich sprzeczności jakie można wyłapać w literaturze młodzieżowej. Niby dzielna, ale jednak tchórzliwa. Stąpająca twardo po ziemi, ale płaczliwa. Nie bojąca się niczego, a ucieka przerażona. Wszyscy mają ją za bóstwo, ale ona tego nie widzi.

Najbardziej zastanawia mnie jeden fakt. Kiedy rodzice, bez uprzedzenia, mówią C, że jedzie do szkoły z internatem, to ona…. idzie się pakować. Która buntownicza szesnastolatka by to zrobiła? Wydaje mi się, że żadna. Do tego nie domaga się wyjaśnień, nie wścieka się. Pakuje się, ubiera na czarno, jedzie na lotnisko i udaje obrażoną. Ja bym chyba uciekła
z domu albo chociaż zamknęła w pokoju :D


- Dasz wiarę, że to Tommie ją dla mnie znalazł?! - Szcześliwa wskazuje w oddali Thomasa, rozmawiającego zapewne o czymś zabawnym z grupą usmiechnięty kumpli. - strona 145. 

Wiem, że nastolatki kierują się uczuciami i emocjami, ale nazywać kogoś najlepszą na świecie przyjaciółką, po 2-3 dniach, to już przesada. Nie mogłam tego zrozumieć. Z jednej strony Camille czuje, że Ci ludzie ją oszukują, ale cały czas nazywała ich przyjaciółmi. Dochodzi jeszcze do tego tajemniczy Max, który łamie jej serce, ale wystarczy tylko słowo i jest mu wybaczone. Od początku twarda i nieprzystępna – za chwilę rzuca mu się na szyję i wyznaje wielką miłość. Wątek miłosny nie miał w sobie tej iskry, która powoduje ciarki na ciele i powoduje myślenia: Tak, bierz go!

Większość wątków jest urwana. Poznajemy odpowiedź tylko na niektóre, ale te najważniejsze nadal są zagadką. Dlatego najlepiej skupić się na dwóch, trzech żeby mieć szansę dać odpowiedzi jakich pragnie czytelnik. Brak spójności fabularnych tworzy kolejne pytania. W ten sposób, po przeczytaniu książki, mam więcej pytań niż odpowiedzi.

 Autorka poszła bardzo schematycznie. Łapiąc się za taką tematykę, trzeba stworzyć efekt WOW. Musi być choć jeden element, który zaskoczy podczas czytania. Niestety nic mnie nie zaskoczyło L Nawet tematyka Villanów, która zapowiadała się ciekawie, została spłycona. Nie wiem dlaczego. Naprawdę lepiej było rozprawiać w nieskończoność, o uczuciach
i rozterkach bohaterki?


Perełką jest zakończenia, ale nie taką jak sądzisz. Totalnie nie trzyma się całości. Nie wyobrażam sobie żeby po tygodniowym szkoleniu wypuścić młodzież na taką akcję. Nie ma to dla mnie kompletnego sensu. Wcześniej szczegóły są dosadnie opisane, a przy końcu po łebkach. Jakby nagle była potrzeba zmieszczenia się w określonej liczbie stron.

Plus, tak mam plus J Nie ma trójkąta miłosnego. Oooo, tak. Nadmiernie mnie to cieszy. Do tego sam tytuł przyciąga uwagę. Połączenie sprzecznych słów J Iiiii…. Okładka <3 Zwraca uwagę i tworzy aurę tajemnicy.

Mimo wszystkich wad - książkę czyta się szybko i w miarę płynnie. Gdyby nie próba łączenia na siłę różnych wątków – byłoby zdecydowanie lepiej. Najgorzej wypadają te pozostawione same sobie.  Całość oceny ratuje wiek autorki. Brawa za to, że zdecydowała się podjąć takiego wyzwania w tak młodym wieku. Cały czas mam wrażenie, że jakby zespół prowadzący bardziej zajął się książką – byłaby ona dobra. Wygładzić język, opanować chaos, skupić się na najważniejszych aspektach. Niemniej trzymam kciuki za Sylwię i  mam nadzieję, że wyciągnie naukę z popełnionych błędów. Teraz może być tylko lepiej : ). Jeśli wyda następna książkę – sięgnę po nią. Chociażby po to żeby przekonać się jak się rozwinęła J

Na zakończenie: To nie fantastyka, to powieść młodzieżowa.




Moja ocena: 2/6
Raven, nie gniewaj się. Nie mogłam uczynić inaczej :P
Znasz Hellheaven? Jakie są Twoje odczucia?

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Natalii i Magdzie oraz Wydawnictwu Novae Res



High wing sowixy :)
Czytaj dalej »

czwartek, 30 czerwca 2016

Mała przestroga. Delia - Maseczka z różową glinką



Ostatnio mam maseczkowy zawrót głowy. Musisz mi wybaczyć, ale nie mogę się oprzeć. Dzisiaj robiłam sobie wynalazek domowej roboty. Testowałyśmy z mamą słynną peel off z węglem aktywowanym. Trochę brudu, trudu i bólu, ale efekty genialne. Spróbuje jeszcze parę razy i dam znać co sądzę. Znajdę też najlepszy sposób, bo dzisiejsza była na żelatynie. Były grudki L Ale trening czyni mistrza L Czego się dla Ciebie nie robi. Moja twarz dba o Twoją J

Przejdźmy do dziwnego dziwu, który mi się ostatnio przytrafił :/
Sama nie wiem dlaczego tak się stało.
Kupiłam jakiś czas temu maseczkę z Deli. Opakowanie składało się z dwóch saszetek, oczywiście pierwszą wypróbowałam od razu.
Konsystencja była akurat. Takie płynne czerwone błotko.

Parę dni temu ruszyłam z zamiarem ratowania twarzy i zrobiłam przegląd maseczek. Popatrzyłam na błotko i mówię : tak, czas wylać dziada na twarz. Otwieram, a tam szok. Gdzie błotko? Co to za grudy? Czy ja wyglądam jakbym chciała produkty z kopalni?

Fakt, po mocnym nacisku uzyskuje się konsystencje do rozsmarowania, ale chyba za bardzo kocham swoją twarz, żeby ją tak napinać. Maseczka leżała ok. 3 miesięcy, data ważności jest. Co się mogło stać ? Opakowanie nie miało żądnej dziurki, powietrze nie mogło się dostać.
Macie jakieś pomysły ?

Oto maseczka :




I wykopaliskowe grudki :




Ostatecznie wpadłam na pomysł rozmiękczenia dziada. W ruch poszła miseczka, woda, hydrolat, łyżeczka i grudki. Po uzyskaniu zadowalającej konsystencji nałożyłam na twarz…. i szybko zmyłam.
Polik zaczął niemiłosiernie piec. Nie, że szczypać - piec jak ogień piekielny. Po zmyciu miałam czerwone przebarwienie i lekko wysuszoną skórę.
Nigdy więcej. O nie….

Miałaś/łeś kiedyś dziwną przygodę z kosmetykiem?

Pisz koniecznie.

High wing sowixy J

Czytaj dalej »

Testujemy. Maski i szampon Pilomax

Na pierwszym spotkaniu łódzkich blogerek, każda z nas otrzymała  zestaw do testowania. Do mnie trafiły:
  • HENNA WAX - maska regenerująca, włosy suche i zniszczone ciemne,
  • ALOES WAX - ekstrakt z aloesu i henny,
  • WAX do włosów ciemnych - szampon głęboko oczyszczający.



Troszczę zeszło mi testowanie, ale miałam bardzo dużo już otwartych produktów do włosów
i chciałam je wykończyć. Drugim powodem było sumienne stosowanie, które rozłożyłam w czasie. Maskę stosuję raz na tydzień, aby nie przeciążyć włosów. Moje kudłaki są kręcone, porowate, podatne na puszenie i zniszczenie. Nigdy ich nie farbowałam i nie suszę suszarką. Parę razy prostowałam, ale jest to sporadyczny zabieg. Jak stosuje maski?
W okresie stosowania produktów Pilomax trzymałam maski przynajmniej godzinę. Przeważnie jest to czas około 3 godzin. Na włosy nakładałam czepek od innej maski oraz frotowy turban








Na pierwszy ogień poszła maska Aloesowa. I.... Moje włosy ja pokochały. Po użyciu były miękkie, bardzo dobrze się rozczesywały. W przypadku moich włosów jest to wyznacznik niezbędny, bo bardzo się kręcą i kołtunią. Po wyschnięciu układały się w miłe dla oka loki, które były uniesione
u nasady. Nabrały lekkiego połysku i wydawały się zdrowsze. Niestety... Pod koniec stosowania albo maska straciła działanie albo moje włosy się do niej mocno przyzwyczaiły. Przy ostatnich dwóch zastosowaniach nie widać było żadnego rezultatu. Bardzo fajna maska, ale do stosowania zamiennie z jakimś innym produktem. Konsystencje ma lekko budyniową, mokrą, miłą w dotyku. Zapach lekko chemiczny, aloesowy. Kolor biały.

Ocena 5/6










O ile z pierwsza maską się pokochałyśmy, o tyle z drugą to była czysta nienawiść od pierwszego użycia. Nie wiem co ma w sobie takiego takiego ta maska, ale o nie, nie
i jeszcze raz nie! Stosowałam tak samo jak wersję Aloesową. Po pierwszym użyciu moje włosy to było totalne siano albo trociny. Jakby mnie jakiś chomik przydybał, to by zrobił sobie jakieś fajne mieszkanko na mojej głowie. Włosy były matowe, skołtunione. Nie mogłam nawet sie rozczesać. Po trzech próbach rozczesania i wielu łzach, musiałam umyć głowę jeszcze raz. Myślałam, że może wpłynął na taki stan zmieniony szampon, ale nie. Użyłam maski jeszcze raz ze sprawdzonymi szamponami i efekt był ten sam. Całkowita dyskwalifikacja. Mój skalp prawie krwawił.Konsystencja taka sama, jak przy aloesowej. Kolor biały.

Ocena 1/6




Ostatnim produktem jest szampon. Jest to produkt przeznaczony do stosowania przed maskami. Bardzo dobrze oczyszcza włosy i pozwala lepiej wniknąć produktom później użytym. Stosowałam przed i po masce. Lepiej rzeczywiście sprawdza się przy stosowaniu go przed. Przy wrażliwych włosach, użyty po, może przesuszyć, a nawet doprowadzić do lekkiego łupieżu. Najlepiej stosować go sporadycznie. Przy ciągłym stosowaniu może włoski przesuszyć. Przezroczysta, lekko kisielowata konsystencja. Nie wyczuwam żadnego konkretnego zapachu.

Ocena 5/6





























Podsumowanie


Moje odczucia są różne. Warto zainteresować się produktami marki Pilomax, a szczególnie Aloesową maską. Wielkim łukiem radze omijać maskę Henna. Jeśli potrzebujecie bardzo dobrego oczyszczenia włosów, zaopatrzcie się w szampon. Jednak jest to produkt bardzo silny. Zastanówcie się trzy razy, czy nie przysporzy więcej szkód, niż pożytku waszym włosom.

Dziękuję marce Pilomax za możliwość testowania ich produktów :)
Do następnego sowie piękności :)
Czytaj dalej »

Limonkowy zawrót głowy. KOBO Professional 150 Neon Lime.

Miało nie być posta, miało nie być jak cholera. Mam dziś jeden z gorszych dni swojej egzystencji i wątpię we wszystko. 

Wielki, pozytywny wstęp, tak wiem. Jednak mimo swojej dziwnej depresji, postanowiłam napisać posta. Żeby przełamać swoją niechęć :)

Pamiętacie matowe cuda od KOBO? :D Jest ich 6 i są w mojej ulubionej formie - prasowane wkłady. Ale to tylko początek, potem robi się jeszcze lepiej. Cienie są..... NEONOWE! Ooooo tak :) Piękności prezentują się następująco:

Źródło: http://www.koboprofessional.pl/produkty/neon-mono-eyeshadow-zapas

Mamy już lato, wszystko budzi się do życia i pięknieje. Neonki są boskie, a odcień limonkowy chodzi za mną od kiedy zobaczyłam jego zapowiedź. Na nic się zdały przekonywania : Kasia, ten cień nie jest ci potrzeby. Ty go nawet nie chcesz. Jest taki brzydki i okropny. Co ty Shrek żeby w limonke uderzać? 

Gadanie, gadaniem, a działanie to co innego. Pięknego, środowego dnia biegałam sobie po mieście załatwiając sprawy. Miałam chwilkę czasu i weszłam do Natury, aby przydybać fajne promocje. Totalnie zapomniałam o cieniach, a one tam były.... Nieświadomie i naiwnie myślałam, że tylko sobie popatrzę na rzeczy i z niczym nie wyjdę. Budżet mam bardzo okrojony. Jednak on tam był. One wszystkie były.....

Nie mogłam, musiałam, jestem słaba...
Wszystkie kusiły - szczególnie żółtko i oranż. Wiem, że po żółć pewnie wrócę. Nad oranżem dumam. Mimo, że w sztucznym świetle do końca nie przemawia. Za bardzo leci mi
w czerwień. Po wymianie zdań z Gray, wiem że skuszę się na fiolet :)




Wracając do tematu, wskoczył do koszyka, popchnął do kasy i jest.. On... Mój nowy ULUBIONY cień.

Konsystencja jest kredowa, zdecydowanie kredowa. Bardzo miałka. Przy nakładaniu trzeba uważać, bo pyli. Najlepiej nakładać metodą pac - pac, bo inaczej możemy mieć ładna łąkę na polikach lub pod okiem :P 

Sprawa ma się inaczej z fioletem, ponieważ ma podobno wykończenie satynowe. Jak dla mnie pylenie limonki jest średnio mocne, ale kolorek :) Kolorek rekompensuje wszystko :) Jest boski. Jest limonką, jest cool, cudowny, przewspaniały i jedyny. Dla mnie jedyny. 




Podczas nakładania trzeba także uważać, aby nałożyć produkt równomiernie. Nie ma nic gorszego niż prześwity :( Wiemy to nie od dziś. 

Pigmentacja jest bardzo dobra. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie - przejechanie paluchem tylko raz. Nakładając na powiekę, machałam dwa razy pędzelkiem po cieniu.



Trwałość - z tym może być problem. Nie wiem czego oczekujecie od cienia, ale ja nakładając go na bazę (ostatnio na płynny korektor), chcę aby utrzymał mi się od rana do powrotu  w domowe pielesze. Po swoich środowych wojażach, zmyłam cień z powieki, nałożyłam warstwę korektora i na to Lime. Operacja była szybka, bez zbędnych dupereli, ponieważ czas mnie gonił, a światło było jeszcze w miarę znośne.
Chciałam zaprezentować wam cień na powiece, bez zbędnych dodatków. Sam cień i już :) Wygląda o tak. Prawda że ładnie? Nie zwracajcie uwagę na resztę twarzy, bo jak pisałam, była to szybka akcja :)



Wracając do trwałości, nałożyłam go przed 14, a o 18-19 już widziałam prześwity i zbieranie
w załamaniu powieki. 4-5 h? Trochę mało :( Szczególnie jak na warunki, jestem w domu i nigdzie nie biegam. Jak na razie są to pierwsze wrażenia, będę informować na bieżąco :)

Z moich odczuć - polecam. Nawet patrząc na trwałość. Kolor rekompensuje wszystko :) Nie myślałam, że mi będzie w nim dobrze, a teraz jestem zachwycona.

OCENA 5/6 - jeśli trwałość okaże się lepsza to będzie pełna 6 :)









Jeszcze raz polecam. Przy najbliższym zastrzyku gotówki zaopatrzę się w inne odcienie :)
Do następnego. High wing :)
Czytaj dalej »

Sowie opowieści #13 James Dawson - Wypowiedź jej imię



Długo czaiłam się na ten tytuł. Nie dość, że tematyka taka moja, to jeszcze okładka dająca do myślenia. Kręcą mnie horrorowe klimaty. Jest to forma czystego masochizmu, ponieważ cykorze często przy nich jak mało kto :P Jak więc widzicie tytuł idealnie wpasowuje się
w kanon: zesraj się teraz i tu...

Nie ukrywam, że YA tu czytam jest jednym z moich ulubionych wydawnictw. Nie dość, że wydają książki które namiętnie pukają do drzwi mojego gustu czytelniczego, to jeszcze uwielbiam ich za podejście do czytelnika. Rzeczowe, konkretne, miłe i szybkie :) Takie 4 x TAK!
W mediach zapowiadana jako wielki hit: "Kolejny po – Hollow Pike i Cruel Summer – horror dla młodzieży autorstwa specjalisty gatunku, brytyjskiego pisarza Jamesa Dawsona – laureata nagrody Queen of Teen."

Czy książka typowo dla mnie przyspieszyła bicie serca i przepływ krwi? Tego dowiecie się za chwilę :)

Kłamstwo przemieniło jej język w gruzełkowaty kawał mięsa, ale nie miała wyboru. Wiedziała, że panna Foster bez wahania pozwoli jej wyjść z klasy, zgadując, że Bobbie ma jakieś informacje na temat Sadie - strona 75

                                                             Fabuła


Książka rozpoczyna się od zdarzenia mającego miejsce trzynaście lat wstecz. Pierwsza styczność z naszą zjawą. Trwa dosłownie kilka chwil i przeskakujemy do czasu ówczesnego. Główną bohaterką jest Bobb'y (zdrobnienie od Roberta), która jest dość skrytą, inną i.. dziwną bohaterką.Uczy się w prywatnej szkole Piper Hill gdzie całkowicie nie pasuje. Gdyby nie naciski matki o lepszej renomie, natychmiast by się stamtąd wyniosła.. 
W noc Halloween, wraz z przyjaciółką Nayą i przystojnym Caine'm podejmuje wyzwanie rzucone przez znajomą. W szkolnej łazience odtwarzają  ceremonię przyzywania Krwawej Mary. Coś co miało być głupim żartem rozpoczyna ciąg zdarzeń. Nie wiadomo czy wyjdą z tego cało. Bohaterzy muszą pokonać klątwę, która wprowadziła w ich życie chaos. Aby tego dokonać musza cofnąc się do połowy XX wieku i rozwikłać nierozwiązana tajmnicę. Przede wszystkim trzeba opowiedzieć na pytanie czy zjawa chce zemsty czy ukojenia?

Autor po swojemu wplata historię w tło jakie mu się podoba. Jak na Brytyjczyka przystało
w książce mamy prywatną, ekskluzywną szkołę, wzgórza jak z cyklu o Ani, czy wychylające się nad przepaścią klify :)





Dopiero gdy zakręciła wodę, uświadomiła sobie, że z sąsiedniej kabiny nie dobiegają już żadne dźwięki. Druga dziewczyna musiała skończyć i dyskretnie opuścić łazienkę, gdy ona stałą rozmarzona pod prysznicem. Bobbie wzięła się w garść i postanowiła, że nie da się zastraszyć. Wszystko było w porządku. Przebywała w dobrze oświetlonym pomieszczeniu otoczona przez dziesiątki innych dziewczyn. Nic nie mogło się jej przytrafić. Kap, kap, kap. - strona 99









Moim zdaniem

Każdy z nas chyba zna historię Krwawej Mary. Nikt jednak nie potrafi do końca odpowiedzieć czy jest to fikcja czy prawdziwa historia. Jednak na dźwięk jej imienia, każdego przechodzi dreszcz i czuje ciarki na plecach. Nie inaczej jest ze mną. 


Niby wiem, ze to fikcja, ale część mnie czuje, że tak mogło być. Przyznaje się, kiedyś próbowałam dokonać całego rytuału, ale spękałam i go nie dopełniłam. Głupia? Mądra decyzja? Każdy powinien ocenić sam, ja się cieszę, że jest jak jest :)

O losie Ufff... Doczytałam do końca nie umierając. Jak widać moje serce nadal bije i mogę dla Was

nadawać. Tak naprawdę, to nie było przy czym dostać zawału. 

Ok. Było parę momentów kiedy wydawałam dziwne dźwięki i wstrzymywałam oddech, ale były to dokładnie momenty. Nikłe.... Malutkie. . Nie tego się człowiek spodziewa siegając po horror. Nie.... Nieoczekiwałam, że nagle dostanę drugego Kinga. Aż tak głęboko nie marzyłam. Jednak po nagrodzonym autorze, za dokładnie ten tytuł spodziewałam się czegoś więcej. Może też moje oczekiwania były za wysokie?

Zacznijmy może od głównej bohaterki. Na początku zapowiadało się bardzo dobrze. Mądra, sprytna, z głową na karku dziewczyna, która nie jest rozpieszczoną księżniczką i ma swoje cele.
W dalszej części wychodzi na wierzch jej dziwna cecha. Głupieje... Nie wiem jak to nawet inaczej opisać. 


Przebijają się momenty geniuszu jednak całokształt je całowicie przysłania. Nie wspomnę już
o fragmentach zatracenia głowy na rzecz wspomnianego wcześniej Caine'a. Przykro się aż to czyta.
W powieści przeplata sie wątek miłosny, jak to w typowej książce dla młodzieży. W miarę czytania powieści okazuje sie, że relacji damsko męskich jest więcej. We współczesności, jak i zamierzchłej przeszłości,


Cała historia z Mary jest smaczkiem, który nie pozwala odłożyć książki na bok. Za każdym razem kiedy chciałam przestać czytać w mojej głowie pojawiał się głos: A nie chcesz wiedzieć co będzie dalej? I czytałam.


Następnym aspektem dostającym bana są lapsusy językowe i inne dziwy słowne. Szczękający zębami dzięcioł, dziewczęta lecące na chromosomy XY, młodzieńcy mieszanej rasy, to tylko niektóre przykłady znalezione w książce. W moim odczuciu wpływają negatywnie na odbiór całości książki. Niejednokrotnie śmiałam się do kartek nie dlatego, że coś mnie rozśmieszyło, ale z bezsilności.


Ale zaraz, żeby nie było samego marudzenia. Powieść ma parę pozytywnych stron.
Sama historia Mary. Jak wiadomo historia tej dziewczyny niejednokrotnie wykorzystywana jest
w filmach, grach, książkach, serialach. Nowe spojrzenie na jej życie jest zawsze w cenie. James bardzo dobrze wplótł dawną przypowieść w nowoczesne czasy. Tutaj nie ma się do czego przyczepić. Zrobił z tego spójną całość.
Mimo błędów językowych książkę czyta się szybko. Nie zawiera zbędnych opisów i zapychaczy akcji. Nie ukrywam, że do tytułu przyciągnęła mnie również okładka. Wystarczy tylko na nią spojrzeć i wiesz czego chcesz :P
 














- Co się dzieje? - stęknęła Naya - Była tu. - Co? -Siedziała na moim łóżku. Naya wyprostowała się jak rażona piorunem - strona 168



Zaskakujące zakończenie nadaje lekkiego smaczku. Niby człowieku wie jak to się zakończy i o co toczy się gra, a po ostatniej stronie siedzisz jak tukan nie wiedząc co dalej...  Powiem uczciwie, że chciałabym się dowiedzieć jak przebiegła dalsza akcja. Mam niedosyt.

Wiem, że moje myśli krążą w dwie różne strony, ale "Wypowiedź jej imię" tak właśnie na mnie działa. Jednocześnie lubię ten tytuł i czysto nie znoszę. Kocham, ponieważ ma ciekawą historie i potencjał, który nie został niestety wykorzystany. Nienawidzę wiadomo za co.
I jestem rozchwiana.
Jeśli oczekujecie czegoś do zabicia czasu to śmiało, w innym wypadku odradzam. U mnie wywołała troszkę ciarek i mega rozczarowanie. YA! co się stało? :(






Moja ocena: 2,5/6

Do następnego moje sowixy :* High wing :D
Czytaj dalej »

Body Club - maska do twarzy, wersja nawilżająca



Skoro dopiero co był peeling, to teraz czas na maseczkę. Nakładam ją zawsze po głębokim oczyszczeniu. Wtedy składniki aktywne lepiej wnikają w skórę. Staje się bardziej odżywiona, nawilżona i promienna J


Moja skóra to wielka niewiadoma, często kaprysi i strzela dąsy. Klasyfikuje ją jako mieszaną, ale to też zależy od pory roku. Świecenie
w strefie T to norma i nikomu tego nie życzę. Latarnią na moim licu jest nos… Do tego często jest przesuszona na polikach oraz czole. Tak, tak, moje czoło to istna skarbnica wszystkich niepożądanych cech. Nie widać tego, aż tak bardzo, ponieważ mam piegi, ale musicie wierzyć mi na słowo J Do tego dochodzą odstające skórki i zapchane pory. Proszę Państwa, mamy komplet. Wbrew pozorom moja skóra nie potrzebuje matowienia. Potrzebuje nawilżenia i wyrównania gospodarki wodnej organizmu. Pracuje nad tym.



Przepraszam za jakość zdjęć, ale tego dnia miałam tylko telefon, a chciałam uchwycić poszczególne kroki działania. Do tego światło
w łazience nie jest najlepsze.

Co jakiś czas w Biedronce można za parę groszy, nabyć kombo, o którym dziś piszę. Są też inne wersje, ale z wiadomych powodów skupiłam się na tej. W skład wchodzi: pianka do mycia, serum oraz maseczka w formie materiałowej, do nałożenia na całą twarz.


Najpierw zmaczamy twarz, nanosimy piankę na dłonie i kolistymi ruchami myjemy buzię. Następnie spłukujemy i wycieramy ręcznikiem.


Na oczyszczoną twarz nanosimy bezpośrednio krok drugi, czyli serum. Delikatnie wklepujemy i czekamy do wchłonięcia.



Krok trzeci – maseczka. Materiał delikatnie wyciągamy z opakowania. Nakładamy od góry twarzy ( czoła), aż po brodę. Wygładzamy nierówności, a następnie wklepujemy pozostałości serum z opakowania. Trzymamy przez 15-20 minut na twarzy. Potem ściągamy,
a resztki produktu wklepujemy w cerę. 

Maseczka jest jednorazowego użytku, ale ja zastosowałam ją ponownie. Efekty nie były takie same.


I to koniec J






A teraz zapraszam na mini fotorelację z przebiegu zabiegu :D


Iiii potwór :D



Po zabiegu cera jest wyraźnie nawilżona. Nie jest to efekt długotrwały. Po 2 godzinach czułam lekkie ściągnięcie się skóry. Producent radzi stosować 2-3 w tygodniu, ale trzeba wtedy kupować następne zestawy.

Dużą wadą jest sama maska. Materiał ciężko dostosować do twarzy. Dziury na usta lub oczy są za duże. Prowadzi to do niepokrycia całej cery lub ścieśnianiem materiału.

Fajny produkt to przetestowania, jednak nie zmienił diametralnie mojego życia. Mimo niewielkich kosztów, wole je przeznaczyć na lepiej działający kosmetyk


Moja ocena: 3/6 (ni ziębi, ni grzeje :D)

High wings sowixy :)
Czytaj dalej »