piątek, 7 grudnia 2018

Sowie opowieści #72 Rebecca Donovan - „Gdybym wiedziała”


Feeria Young to wydawnictwo, które uwielbia ze mną pogrywać. Przez nich odrzucam obowiązki i wszystkie ważne sprawy żeby tylko sięgnąć po kolejną, wydaną powieść. Tym razem padło na pierwszy tom serii Ani słowa od Rebecca Donovan. Autorkę poznałam już przy trzech tomach Oddechów. Były to książki, które rozpłatały mi mózg i wyprały z emocji. Pamiętam, że długo nie mogłam się po nich pozbierać. Dlaczego i tym razem zdecydowałam się na uczuciową lobotomię? Chyba jedna jestem masochistką... 


Cóż, przykro mi to mówić, ale "żyli długo i szczęśliwie" to stek bzdur - iluzja wymyślona po to, aby sprzedawać książki i bilety do kina. Mimo to ludzie chcą - nie, oni muszą - wierzyć, że coś takiego istnieje. Wolą kłamstwa.
Lana nie kłamie. Po prostu nie potrafi – jest szczera do bólu, a to niestety przynosi jej więcej cierpienia niż pożytku. Każda kobiet z jej rodziny ma jakąś cechę, która wyróżnia je na tle innych. Matka głównej bohaterki jest ufna do bólu, co sprowadza na nią ciągłe cierpienie. Dlatego jej córka chce być inna. Nie ma ochoty na łzy i rozgoryczenie – pragnie żyć według własnych zasad. Godna pochwały cecha sprowadza na nią nie lada kłopoty. Dziewczyna jest świadkiem wydarzeń, które zakrawają na przestępstwo, a ona postanawia milczeć. Dla dobra siebie, przyjaciół, osób jej bliskich. Prawdomówność może jej wcale nie pomóc, a wręcz przeciwnie – nikt jej nie uwierzy. Przez taki splot wydarzeń trafia do przedziwnej szkoły gdzie będzie musiała nauczyć się na nowo żyć, ponieważ nie jest to zwykłe miejsce. Pełne sekretów, tajemnic – zdecydowanie to nie miejsce dla Lany - tylko czy na pewno? Czy odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Czy osoba odpowiedzialna za jej cierpienie poniesie karę? Czy trafiła do nowej szkoły przypadkiem? 


Znamy to z autopsji. Wszyscy wkoło mówią, że szczerość jest dobra, pytają o zdanie, chcą wiedzieć co sądzę – do czasu... Kiedy odpowiedź nie pokrywa się z ich oczekiwaniami, pojawia się ból, cierpienie, wściekłość, obraza i przysłowiowy dąs z przytupem. Nie da się tego nazwać inaczej. Ludzie niby chcą znać prawdę, ale tylko tą ładną, pasująca im i obwiązaną różową wstążeczką, a ja tak nie lubię. Nie znoszę półprawdy. Jeśli nie chcesz czegoś wiedzieć – po prostu nie pytaj. Jestem zadziorna, wredna, złośliwa i nieprzewidywalna. Czasem sama siebie zaskakuje. To nas z Laną łączy, ale reszta różni. Ona jest filigranowa, jasnowłosa. Do tego ćpa, imprezuje co wieczór, jest lepem na kolesi i uwielbia ich zmieniać jak rękawiczki. Nie wiąże się w damsko-męskie relacje i ma dwie zaufane przyjaciółki. Mimo że jest tak konkretna oraz zabójcza, to wie też kiedy się zamknąć – dla dobra ogółu. Właśnie to ostatnie wpędza ją w kłopoty, które Rebecca Donovan opisała w swojej książce. 


Nie chcę do nikogo należeć. Nie jestem niczyją własnością. Tak wiele razy byłam świadkiem, jak jedna osoba zatraca się w drugiej. Nie identyfikuje się już jako osobny człowiek, ale jako my. Dopóki jedno z nich nie oznajmia, że my to za mało i odchodzi, bo w końcu zawsze tak się dzieje. Ja nie zatracę się w nikim. Dzięki temu, kiedy ten ktoś odejdzie, nie zabierze mnie razem z sobą.
I tak przechodzimy do części, która zaskoczyła mnie najbardziej. Czytam sobie czytam, a tu nagle koniec oraz podziękowania. Ale jak to, po 150 stronach? Halo, halo, ja przepraszam bardzo! Okazało się, że pierwsza część to wcześniejsze opowiadanie twórczyni, które rozwinęła. Zachowała je w pierwotnej wersji, ponieważ stwierdziła, że będzie to bardzo dobre wprowadzenie - tym sposobem podziękowania pokazały się już w mniej niż połowie książki. Zaskakujące – tak, fajne – tak, coś nowego – zdecydowanie. Druga część miała być tak samo magiczna oraz wciągająca jak pierwsza i była, ale tylko w pewnym stopniu. Pani Donovan przenosi nas do szkoły, która była wspomniana trochę wyżej. Niestety wchodzimy w utarte już schematy takich miejsc. Na pewno czytaliście niejeden tytuł, który opierał się na pewnych punktach. Ona, zagubiona i niewiedząca co się dzieje - pojawia się w tajemniczej akademii, która spowita jest tajemnicą. Pełno tu mroku, zagadek, ukrytych przejść oraz zasad. Do tego trzeba dorzucić parę męskich ciasteczek, niewyjaśnione wydarzenia i bam – mamy książkę. Czemu, ach czemu ona poszła tą drogą, a nie tamtą. Pierwsza część była powiewem świeżości, tajemnicza, wartka, z ciekawą intrygą. Po przeczytaniu pierwszych podziękowań myślałam, że tak będzie dalej. Niestety trochę się przeliczyłam. 



W pewnym momencie nie wiedziałam co się dzieje, bo tematyka tajemniczej palcówki jest fajna, ale totalnie nie pasująca do całości. Wiele scen jest przeciągniętych jak guma od majtek. Nie mogłam odpędzić od siebie wrażenia, że twórczyni sama nie wie jak dalej poprowadzić fabułę dlatego tkwimy w całkiem ciekawej historii, ale miejscami nużącej. Popatrzcie, ile razy można czytać o zagubieniu w nowym miejscu? Na początku tak, a potem już jakoś człowiek się dostosowuje - Lana ciągle nie wie co się dzieje. Do tego jej kontakt z innymi bohaterami wychodzi czasem karykaturalnie, jakby nie była to ta sama bohaterka. Zmiana miejsca zamieszkania odebrała jej osobowość. 

Zakończenie jest otwarte i daje szansę na wiele możliwości. Mam nadzieję, że Rebecca Donovan pokaże na co ją stać, a fabułę poprowadzi ciekawiej niż drugą część. Naprawdę trzymam kciuki za serię Ani słowa. Wiem, że może być naprawdę dobrze. Czytałam Oddechy, a i Gdybym wiedziała daje nadzieję na mocną kontynuację. Gdyby tylko wrócić do pierwszego planu i troszkę go podkręcić. Wtedy nie pojawi się jakiś tam odgrzewany kotlet mielony, a rasowy schabowy w pysznej panierce.


Miłość to nie jest coś, czego można się trzymać albo określić jako coś namacalnego. Istnieje, bo my nią jesteśmy. To istota nas samych.
Polecam? Tak, myślę że seria ma naprawdę silne podstawy, potencjał. Bohaterka jest godna uwagi, wątki ciekawe, akcja zaskakuje, a relacje damsko-męskie nieprzesłodzone. Może odrzucać trochę wszędobylski alkohol, seks i rock&roll, ponieważ powieść opisuje życie 15-16 latków, a Lana do grzecznych dziewczynek nie należy. Mimo wszelkich minusów czuję, że będzie dobrze i wyczekuję drugiego tomu! 






Moja ocena: 4/6

Za książkę dziękuję:



Czytaj dalej »

środa, 28 listopada 2018

Sowie opowieści #71 Scott Cawthon, Kira Breed-Wrisley - „Czwarty schowek"


Mój związek opiera się na dzieleniu pasji. Narzeczony to zapalony gracz, a ja jestem maniakiem książkowym. Przekonuje go do czytania, z coraz lepszym skutkiem, a on mnie do grania. Muszę przyznać, że jest parę tytułów przy których potrafię zarwać nockę i to nie jedną. Dlatego też od samego początku wciągnęłam się w serię Five Nights at Freedy's. 

Książki zostały wydane przez twórcę gry o tym samym tytule co seria. Opierają się na kilku grach, które łączą w sobie survival horror oraz przygodówkę gdzie musimy kilkać na elementy. Przeszłam wszystkie i okazało się, że jestem ich fanką. Czwarty schowek jest luźno oparty na wydarzeniach w nich zawarte. 


I wracamy do zakręconego świata gdzie pluszowe misie żyją. John przeżył traumę, a teraz chce jak najszybciej zapomnieć o wydarzeniach, przez które przeszedł. Pizzeria Freddy'ego śni mu się po nocy. Kiedy myśli, że wszystko już za nim, w rodzinnym Hurricane pojawia się nowy lokal. I nic nie byłoby w tym dziwnego, gdyby nie to, że otwarcie zbiegło się z kolejnymi zniknięciami ludzi. Gdzie szukać tych biednych dzieci i kto je porywa? Paczka przyjaciół znowu musi połączyć siły żeby rozwiązać zagadkę. Po drodze odkrywają coraz więcej sekretów, które prowadzą do ojca Charlie, bohaterki wcześniejszych tomów. Czy naprawdę zginęła, a może wszystko to jedno wielkie kłamstwo? 


Ostatni tom to swoiste zamknięcie całości. Wzbraniałam się przed przeczytaniem jej, ponieważ nie chciałam zakończyć przygody. Może i gry są dobre, ale książki to małe dzieła sztuki. Tyle tu pokręconej logiki, zagadek, mrocznych wątków oraz zaskakujących wydarzeń. Każdy kolejny tom wbijał mnie w fotel, a ja brnęłam w tej psychodelii. Zawsze kończyło się z mózgiem na ścianie, a ja siedziałam z otwartą paszczą, bo ja przepraszam bardzo – co tu się właśnie stało? Po tym poznaję dobra pozycję – kiedy nie mogę się pozbierać przez dłuższy czas, to wiem, że było warto. 


John przejmuje stery powieści, to on jest głównym bohaterem. Dzięki takiemu zabiegowi mamy szansę odkryć jego odczucia i myśli. Nareszcie możemy też poznać lepiej Jessicę, Marlę, Carltona. Zdecydowanie brakowało mi tego we pierwszej i drugiej częściach. Patrzymy inaczej na wszystkie sytuacje, również te wcześniej opisywane. 

John to bohater, który nie boi się podejmować się ryzyka. Jest mieszanką wariata i rozsądnego chłopaka. Niby się nie da, ale twórcom wyszło to bardzo dobrze. Innie postacie są takie same jak wcześniej. Nie dostali jakiś dodatkowych cech. Jeśli polubiliście ich wcześniej, teraz też tak będzie. 

Trzeci tom czyta się bardzo dobrze, styl pisania się trochę poprawił, jest lepszy niż wcześniej. Z fabułą już nie jest tak dobrze, ponieważ nie zaskoczyła mnie niczym nowatorskim. Poznałam wszystkie zabiegi w Srebrnych Oczach i Zwyrodniałych, więc nie było momentów, które by mnie zszokowały. Wielka szkoda, ponieważ był to bardzo mocny punkt książek. Brakuje mi, że autorzy nie wymyślili nic nowatorskiego, jednak tytuł czyta się tak samo szybko jak poprzednie. 


Co do nowych wątków – pojawiają się i nie napisze o nich za dużo, ponieważ mogłabym wam zepsuć zabawę. Scott i Kira kolejny raz puścili wodzę fantazji oraz zaserwowali ciekawe pomysły – wielki plus. Gdyby tylko dodać do tego nowe schematy, to byłabym w pełni szczęśliwa. 


Cały cykl oceniam bardzo wysoko i uważam, że jest to jedna z lepszych serii sci-fi, fantasy, horror, oparta na grach jakie czytałam (niepotrzebne skreślić). Ostatni tom wzruszał, czasem przestraszył, a nawet rozśmieszył. Zakończenie jest... dobre. Spodziewałam się czegoś lepszego, ale jak już pisałam – poprzeczkę postawiam wysoko. Wszystko zamknęło się w sposób przyzwoity, a ja się z tym pogodziłam. Z całego serducha polecam trylogię, bo nikt nie pożałuje spędzonego z nią czasu. 


Za książkę dziękuję:
Czytaj dalej »

poniedziałek, 12 listopada 2018

Sowie opowieści #70 Natasha Preston - „Będziesz moja"



Walentynki, dzień który jedni kochają, a inni wręcz nienawidzą. Wszechogarniająca słodycz, czerwień, serduszka oraz miłość, potrafią przytłoczyć lub wprowadzić w radosny nastrój. Natasha Preston wykorzystała właśnie ten dzień, jako tło swojej najnowszej książki – Będziesz moja. Po przeczytaniu opisu wiedziałam, że muszę zapoznać się z powieścią. Autorkę lubię od dawna i mocno jej kibicuje. Silence nie było najlepsze, oczywiście w moim odczuciu, ale Uwięzione i Skrzywdzona, to dobre pozycje rynkowe. Pomysły, które wykorzystuje w swoich tytułach bardzo wpasowują się w mój gust. Wykorzystuje rozwiązania nietypowe i nowatorskie - jeszcze się z takimi nie spotkałam. Opisywane historie są kierowane do młodzieży, ale mają w sobie dużo mroku, niebezpieczeństwa, tajemnic oraz pazura. Połączenie kryminału, psychologicznego thrillera, a wszystko osadzone w nastoletnich klimatach. Autorka zawsze odpowiednio dozuje napięcie. Czy w przypadku Będzie moja tez tak było? 


Powieść zaczyna się od zwykłego wyjścia na imprezę, która ma być udana jak zawsze. Główna bohaterka Lylah nie lubi walentynek, ale postanawia pójść i dobrze się bawić. Odrzucić codzienne problemy oraz złapać dystans do codziennych problemów. Oczywiście jeśli jest ona, to musi być także i on – Chace. Dziewczyna przyjaźni się z nim od dawna, ale liczy na coś więcej. Obawia się, że chłopak nie jest zainteresowany i ma nadzieję sprawdzić to tego wieczoru. 

Tuż przed wyjściem znajdują tajemniczą kopertę adresowaną do przyjaciela - Sonny'ego. Zawiera groźby, ale traktują to jako głupi żart. Wychodzą się bawić, a następnego dnia Sonny znika bez śladu. Pojawia się drugi list o treści: Twoja kolej... Na kogo trafi tym razem? Czy współlokatorzy rozwiążą zagadkę przed następnym uprowadzeniem? Kto jest sprawcą całego zamieszania? Czy uda im się przeżyć te walentynki? 



Kochani, ile ja czekałam na kolejną pozycję od Natashy Preston! Każda styczność z jej twórczością sprawia mi radość, mniejszą lub większą. Dawno nie spotkałam kogoś, kto tworzy w tak dziwny, pokrętny i specyficzny sposób. Nie ma siły, która odciągnie mnie od czytania jej książek. Tym razem też tak było. Uff, całe szczęście. Zawsze jest jakiś cień niepokoju, że tym razem się rozczaruje, a moja różowa bańka mydlana pęknie. Na szczęście było inaczej, a ja oddałam się tekstowi na jakiś czas. Autorka spełniła wszystko to, czego oczekiwałam. Co lepsze, dała nawet parę dodatkowych smaczków, które mnie zaskoczyły. 

Natasha rozwinęła swój kunszt pisarski i to naprawdę widać. Tworzy bardziej pokręcone historie. Tajemnice są jeszcze bardziej zagmatwane – naprawdę ciężko jest stwierdzić kto jest sprawcą/sprawczynią. Miałam swoje typy, ale nie byłam do samego końca pewna jak to wszystko się skończy. Wielkie brawa za lekkie wyprowadzenie mnie w pole, co ostatnio jest ciężkie do zrobienia. Ciągle analizowałam każdą sytuację, zdarzenie, gest, słowo. Tak się wkręciłam, że prawie zapomniałam pójść do pracy... 


Wszystko przez to, że bohaterowie zostali naprawdę dobrze wykreowani. Każdy z nich miał inny charakter, którym mógł tylko zwodzić czytelnika. Jak zapewne wiecie, nawet cicha myszka potrafi stać się tygrysem w sprzyjających warunkach. Wszyscy byli podejrzani, a ja przyglądałam się im z wielką uwagą. Każde niedomówienie, dziwne zachowanie, nieodpowiednie słowa mogły wskazywać sprawcę. Najgorsza, w takim przypadku jest więź z bohaterami. Nie ma takiej siły, która powstrzyma mnie przed polubieniem jakiejś postaci i tu powstaje dodatkowy problem. Jeśli kogoś darzę sympatią, to mogę być nieobiektywna. Próbowałam zepchnąć wszystkie uczucia na dalszy plan oraz z dystansem podchodzić do tekstu. Jeśli komuś zaufam, to jak mogę podejrzewać, że jest winny tych niecnych czynów? Mimo wszelkich starań maksymalnie wkręciła się w opisywana historię i żyłam wśród bohaterów. Emocje sięgały zenitu, napięcie rosło z każdą stroną, a ja cały czas myślałam: jak to się stało, że ona kolejny raz stworzyła coś tak dobrego? 


Autorka świetnie poradziła sobie z całą historia. Nie zauważyłam żadnych nieścisłości albo nielogicznych zachowań. Każda decyzja wynikała z przemyśleń oraz wcześniejszych wydarzeń. Po zamknięciu książki nada nie mogłam uwierzyć w takie zakończenie. Trochę się go spodziewałam, ale mimo wszystko dało do myślenia. 

Będziesz moja to książka, która jest pozycją obowiązkową dla fanów powieści z dreszczykiem. Dobra historia, poparta świetnym stylem pisarskim – nie można tego przegapić. Mroczna, uzależniająca, wciągająca, pełna niebezpieczeństw i mroku. Myślę, że to nie ostatnie słowo, jakie Natasha Preston powiedziała. Czekam na następne pozycję, które, mam nadzieję, będą tak samo świetne, a nawet i lepsze. Jestem chyba jej najwierniejszą fanką.






Moja ocena: 6/6

Za książkę dziękuję:


Czytaj dalej »

czwartek, 4 października 2018

Sowie opowieści #69 Natasha Preston - Skrzywdzona


Jak już wiecie, mam nadzieję, jestem fanka książek wszelakich. Tylko ckliwe obyczajówki i historyczne nie są w moim klimacie. Serce zawsze bije mi szybciej na widok powieści, która ma odniesienia do ludzkiej psychiki. Nie muszę chyba mówić jak ucieszyłam się, kiedy okazało się, że Natasha Preston napisała nową książkę. Jeszcze większa radość była, że Feeria Young ją wyda. Autorkę pokochałam dzięki Uwięzionym. Silence już nie wywołało takiego zachwytu, dlatego też bałam się kolejnej styczności. A jeśli znowu się zawiodę i moje uwielbienie zostanie strzaskane doszczętnie? 

Pamięć ludzka jest bardzo dziwna. Można coś wspominać przez lata, odczuwać przy tym wręcz fizyczny ból. W innym przypadku – nie pamięta się nic i właśnie tak ma główna bohaterka książki Skrzywdzona. Wspomnienia sprzed czwartego roku życia to czarna plama. Próba ich odzyskania kończy się niewyobrażalnym bólem głowy, na pograniczu z wymiotami. Scarlett przestała już próbować i pogodziła się z losem. Do czasu jak poznaje Noah. Nowy uczeń szybko zyskuje jej sympatię oraz podbija serce. Dziewczyna zadurza się bez pamięci. Pewna sytuacja przywołuje stopniowy powrót wspomnień. Tylko czy będą one miłe, a może powinny być zagrzebane? Czy oddany chłopak będzie jej ukojeniem czy bezdusznym katem? Noah ma tajemnice, a jego działania prowadzą do katastrofy. Czy wszystko dobrze się skończy? 


Poświęcenie kogoś dla własnego dobra to egoizm, choćbyśmy ubrali to w nie wiem jak piękne słówka. Życie żadnego człowieka nie jest warte więcej niż życie innego.

Natasha, ach Natasha, kolejny raz wyskoczyłam przez Ciebie z mentalnych kapci. Tak, ona znowu to zrobiła, mimo że początek był ciężki. Przyznaje, przy pierwszych kilkudziesięciu kartkach czułam się jakby nastolatka dorwała klawiaturę. Mało logiki, dziecinne opisy. Scarlett Garner choć sympatyczna, to bardzo naiwna. Dziwne zbiegi okoliczności łączą ją z Noah. Jako realistka, przewaga pesymizmu, nie mogłam uwierzyć, że Pani Preston stworzyła coś takiego. Z biegiem czasu wszystko zrozumiałam. Toporny wstęp prowadzi do naprawdę ciężkich sytuacji i tu zaczyna się zabawa. Autorka bardzo sprytnie zwodzi czytelnika. Przygotowała dobry grunt oraz uśpiła czujność idealnym związkiem. Nagle wszystko ma sens, a to co wzięłam za spadek formy twórczyni, okazało się nikczemnym planem grania na emocjach. 

Jak pisałam, bohaterka jest naprawdę kochana. Wzór porządnej dziewczyny, która stara się każdemu pomóc. Mimo że trochę głupiutka, to nie da się jej nie lubić. Noah też wydaje się dobrym gościem, ale coś cały czas krzyczy – to kryptodrań! Scarlett uciekaj! Tak się właśnie staje. Pod wpływem nacisków, decyzji oraz rozwoju fabuły zmienia się nie do poznania. Pokazuje kim jest naprawdę i oj, jak ja go znielubiłam. Moja feministyczna strona wzięła górę. 


Wszyscy wierzymy w to, czego nas uczą, prawda? Zwłaszcza jeśli nauczycielami są ludzie, którym ufamy najbardziej na świecie.

Natasha Preston zaserwowała powieść pełną słodyczy oraz radości, ale również mroku oraz rozpaczy. Jej styl się jednak nie zmienił i jest tak samo dobry jak przy Uwięzionych. Nie mogłam wyjść z podziwu, że kolejny raz stworzyła historię wbijającą w fotel. Jest przerażająca, ale też przyciągająca. Nie można się oderwać. Początek trochę zmylił, ale po prostu wiedziałam, że coś jest na rzeczy. To wszystko musi mieć jakiś sens. Inną wskazówką były luki w historii. Jakieś niewinne wstawki, które nie kleiły się w całość. Cieszę się, iż dałam Autorce szansę. Silence mnie troszkę zraziło, jednak przeczytałam całość. Styl Natashy Preston ma w sobie coś magnetycznego. Możesz się nie zgadzać z niektórymi zabiegami, ale i tak powieść przeczytasz. Chcesz wiedzieć gdzie tym razem podryfowały jej myśli. Zawsze zaskakuje i nic nie pozostawia przypadkowi. W każdej książce skupia się tematach trudnych, o których każdy wie, ale traktuje jako coś odległego. Pisarka pokazuje, że są to sytuacje, które mogą dotknąć każdego. Tym razem trafiło na sekty. 


Mocna i prawdziwa książka. Wywołuje różne emocje: przez radość, śmiech, aż po przerażenie. Dotyka relacji rodzinnych, tematyki pierwszej miłości, zwodzenia, zaufania oraz kary jaką ponosi się za głupotę. Powieść sprawiła, że zaczęłam bardziej zastanawiać się nad podjętymi w lekturze tematami. Natasha Preston jest jak współczesny alarm ostrzegawczy przed zagrożeniem. Mam nadzieję, że nadal będzie dawała znać czytelnikom czego się wystrzegać. Szczególnie ważne jest to w przypadku dzisiejszej młodzieży, bo jak wiemy Świat szaleńczo mknie do przodu i nawet nie wiadomo jakie zło czyha za rogiem. 





Moja ocena: 5/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria Young.
Czytaj dalej »

środa, 3 października 2018

Sowie opowieści #68 James Patterson, Emily Raymond - First Love



Za oknem zimno, ciemno i wiatr hula, a ja przychodzę do was z książką pełną wakacyjnych wrażeń. Myślałam, że będzie to typowa, lekka lektura o rodzącej się miłości, nadziejach oraz młodzieńczych wyskokach. Come on! Tytuł na to trochę wskazuje. Dostałam jednak coś więcej. 


Wiedziała, że czasami ludzie muszą szukać całymi latami tego, na czym najbardziej im zależy. I niektórzy, ci zaczarowani, natrafiają całkiem przypadkiem na to, czego pragną.


First Love to typowa powieść drogi. Główni bohaterowie wybierają ucieczkę od życia. Nie chcą mierzyć się ze swoimi problemami, szczególnie Axi. Dziewczyna pragnie zapomnieć o złym, nudnym, jednostajnym życiu, które nie daje jej wiele radości. Opracowała plan podróży i wciąga w niego przyjaciela Robinsona. Zostawia za sobą tatę alkoholika, który nie potrafi poradzić sobie sam ze sobą, szkołę i wszystkie problemy. Droga ma być dla niej nowym startem. Ten specyficzny duet przeżyje wiele przygód, radości, miłości, ale też smutku oraz żalu. Główna bohaterka jest mocno zadurzona w przyjacielu i stara się to ukryć. Zadanie nie jest łatwe, kiedy śpi się we wspólnym łóżku lub namiocie. Jak zakończy się ta szalona przygoda? Czy bohaterowie zostaną złapani? Czy miłość nimi zawładnie, a może życie ma jakieś inne plany? 

Tak, tak i jeszcze raz tak! First Love nie jest taka, jakiej się spodziewałam. Napisana w taki sposób, jakby czytało się pamiętnik. Nie ma tu przesadzonej słodyczy, pierdzących jednorożców, ani tęczy od Troskliwych Misiów. Treść „napisana życiem”. Tak, wiem, dziwne sformułowanie, ale idealnie odnoszące się do książki. Wszystko co jest tam opisane - jakby wyjęte z głów dwójki szalonych nastolatków, które podejmują decyzje pod wpływem chwili. Ok, niektóre sytuacje są przejaskrawione, ale nie w taki sposób żeby mogło przeszkadzać w odbiorze. 


Jeśli ta podróż okaże się błędem, będzie to najpiękniejszy błąd, jaki kiedykolwiek popełniliśmy".


Axi, to dziewczyna, której życie nie rozpieszczało. Przeszła naprawdę wiele. Wyrwanie się z małego miasteczka, to jedyny ratunek. Jest typową nastolatką: trochę zamknięta, zwariowana, z marzeniami, które chce osiągnąć. Polubiłyśmy się bardzo szybko. To właśnie ona jest narratorką. Znamy jej wszystkie myśli. Nie inaczej było z sympatią do Robinsona. To typ zawsze uśmiechnięty, zabawny, uwielbiający kontakt z ludźmi. Przyciąga do ciebie jak magnes. Oboje trafili do mojego serducha, ponieważ nie są idealni, popełniają błędy, wiele ryzykują i nie boją się pokazać przy tym lęku. Są po prostu „ludzcy”, a do tego bardzo szczerzy. Ich droga jest prawdziwa, a czytelnik wkręca się w ich przygody. Dołączenie wątku romantycznego było trafionym zabiegiem. Jest subtelnie wpleciony w fabułę i jej nie dominuje. 



Świeży start sprawia, że Axi oraz Robinson, są odważniejsi niż normalnie. Pozwalają sobie na więcej. Odniosłam wrażenie, że żyją tak, jakby jutra miało nie być. Smakują każdą minutę życia. Właśnie to jest serce całej książki. Emocje, którymi częstują nas bohaterowie, są bardzo silne i mają różne zabarwienie. Śmiech, łzy, smutek, radość cały czas się przeplatają. Rodzące się uczucie jest dopełnieniem wszystkiego. Jakby dopiero w drodze do nich dotarło, ile dla siebie znaczą. Zawsze lubiłam czytać powieści, które pokazują pierwsze momenty związku. 




Końcówka to istna petarda, którą jedni pokochają, a inni cisną książką w kąt z poczuciem niesprawiedliwości. Mi się podobała. Dzięki niej powieść nie jest typową propozycją rynkową. Serwuje inne wrażenia. Dzięki takiemu zabiegowi, powieść First Love zostaje z czytelnikiem na dłużej. 



Wiem, że First Love zostało podciągnięte pod New Adult, ale dla mnie jest czymś więcej. Podjęte decyzje nie są szczeniacką samowolką, a raczej życiowymi wybojami, które trzeba pokonać. Pozycja bardzo dojrzała jak na ten gatunek. Bohaterowie nie płyną tylko z prądem, ale decydują się na swój los. Wszystko czego się podejmują jest świadome, mimo że w wielu sytuacjach muszą działać pod presją czasu. 





Duet James Patterson oraz Emily Raymond stworzyli coś nie zwykłego. Treść jest przejrzysta i łatwo trafia do czytelnika. Interakcje między postaciami są bardzo dobrze dopracowane. Nie ma miejsca na zbędne lanie wody, jakby twórcy wiedzieli od razu, co bohaterowie mają przekazać. Dialogi są pełne radości, przekomarzań, ale też smutku, refleksji, zazdrości i złości. Dokładnie tak, jak w życiu. Na uwagę zasługują również zdjęcia, które pojawiły się w środku. To dokumentacja podróży Axi i Robinsona. Pozwalają lepiej sobie wyobrazić miejsca, w których byli. 



Bohaterowie dojrzewają na naszych oczach. Każdy ich wybór sprawia, że stają się bardziej świadomi. Dziewczyna i chłopak, z pierwszych stron przeistaczają się w kobietę oraz mężczyznę na końcu. First Love to propozycja, którą wiele osób będzie chciało zatrzymać. Ja już dwa razy do niej wracałam. Pokazuje jak przełamać obawy, lęki. Wprowadza w chwile zadumy oraz daje poczucie, że to czego się boimy jest najwięcej warte. Nie ma co czekać, tylko zepchnąć strachy do piwnicy i podjąć wyzwania. Wtedy człowiek czuje, iż naprawdę żyje, może osiągnąć to czego zapragnie. Cudowna. Koniecznie musicie przeczytać!





Moja ocena: 6/6

Za książkę dziękuję z całego serducha wydawnictwu Feeria Young.


Czytaj dalej »

wtorek, 2 października 2018

Sowie opowieści #67 JP Delaney - W żywe oczy


Psychologiczne gierki, wielkie emocje, napięcie oraz ten dreszczyk. To właśnie sprawia, że thrillery, szczególnie te psychologiczne, to dla mnie cudowna rozrywka na nieprzespaną noc. Może się walić i palić, a ja wtapiam się w opisywane przygody. Nikt ani nic mnie nie ruszy. Wiem, że wiele osób zachwyca się Lokatorką, ale nie miałam jeszcze szansy jej przeczytać. W żywe oczy to moja pierwsza książka Autora. Byłam pełna nadziei oraz wielkich oczekiwań. Wiemy jak to jest z szumnie promowanymi książkami. Rozczarowanie, smutek i złość, że kolejny raz udało im się nas oszukać. Uwierzcie mi, zbyt duża promocja odpycha. Nie mogę zmusić się do książki. Dlatego też zdecydowałam się na W żywe oczy przed całą falą. Jak było tym razem? Zapraszam na szybkie podsumowanie moich wrażeń. Czy JP Delaney podbił także moje serce? 

Bo jeśli kobieta nie może ufać facetowi, który mówił, że zawsze ją będzie kochał to komu na tym świecie można ufać?

Claire Wright To kobieta, która potrafi być kimkolwiek zapragnie. Kłamie tak, że nawet wykrywacze miałyby problem. Przeszła w swoim życiu wiele: stratę rodziców, domy zastępcze, zdeptane marzenia, ucieczkę z kraju po nieudanym romansie. Jej marzenie, to bycie aktorką. To właśnie to kocha i chce robić w U.S.A. Niestety wizja zielonej karty jest daleko, a utrzymanie kosztuje. Zgadza się zostać wabikiem na mężczyzn. Żony niewiernych panów wynajmują ją przez agencję, żeby nakryła ukochanych na zdradzie. Jej życie się zmienia, kiedy dostaję nietypową ofertę pracy. Warunki są bardzo kuszące, ale też niebezpieczne. Patrick Fogler nie jest typową ofiarą. Inteligentny, pełen uroku, otwarty. Claire ma przed sobą nie lada wyzwanie, od którego może zależeć jej całe życie. 

Nawet nie wiem od czego tu zacząć. Pewnie będę pisała trochę ogólnikami, ponieważ w powieści zdarzyło się tyle, że nie chce za wiele zdradzić. Całość jest bardzo dobrze skomponowana, a ja nie wiedziałam co jest prawdą, a co kłamstwem. Jako pasjonatka thrillerów podejrzewałam dużo, ale za nic nie miałam pewności. Pewnie znacie to wrażenie: oooo tak, pewnie za chwilę stanie się tak i tak. W przypadku W żywe oczy nigdy nie wiadomo co stanie się dalej. I właśnie to jest piękne. Autor zaskakuje czytelnika na każdym kroku. Można wietrzyć podstęp, nie wierzyć, że tak potoczyła się fabuła, jednak z tyłu głowy jest myśl: a może jednak? Jeśli twórca zmienił bieg oraz prowadzi mnie w innym kierunku, ja nie będę marudzić. Ja chcę wiedzieć co będzie dalej! I tak było. Nie oderwałam się nawet na chwilę. Wiedziałam, że nie odłożę powieści póki nie skończę. Czy podejrzewałam jak się to wszystko zakończy? Tak, jednak wcale mnie to nie rozczarowało, ponieważ droga była cholerną kolejką górską, a ja rozkoszowałam się każdym zdaniem. 

Jak mamy sobie zaufać, skoro obydwoje wiemy jak świetnie potrafimy kłamać?

Fabuła jest dość nietypowa, ponieważ rozwija się z przerwami. Najpierw szybka akcja, potem stagnacja oraz znowu lot błyskawicy. Choć nie lubię takiego rozwoju, to JP Delaney mnie nim kupił. Bardzo dobrze wczuł się w świat Claire i przekazał go z niezwykłą starannością. Główna bohaterka ma dziwna manierę sprowadzania swojego życia do scenariusza. Wiele scen opisanych jest jak skrypt jakiejś sztuki czy filmu. Nietypowy zabieg opłacił się, ponieważ jest to coś innego i na pewno intrygującego. 

Autor napisał książkę dawno temu, a teraz ją ę przerobił. Wydał na nowo. Wczuł się w rynek oraz znalazł dla siebie szansę. Dobrze wiedział, że W żywe oczy to dobra historia, która powinna zostać poznana. Wszystko dzięki dobrze wykreowanym b. Aż do samego końca zastanawiałam się kto jest dobry, a kto niegrzeczny. Co chwilę zmieniałam zdanie o mordercy: Claire, Patrick, a może ktoś inny? Nic nie było oczywiste. Zatraciłam się w tekście i wszędzie szukałam drugiego dna. Proste rozwiązania nie wchodziły w grę. Twórca bardzo dobrze manipuluje myślami czytelnika, jakby był trzy kroki przed nim. 

Claire jest nieoczywistą postacią. Starałam się ją polubić, ale coś zawsze mi nie pasowało. Może dlatego, że jak wcielała się w postać, to stawała się kimś innym. Jak można zaufać komuś, kto tak szybko potrafi zmienić twarz? Sami rozumiecie, że nie było łatwo wykluczyć jej z kręgu podejrzanych, mimo że bardzo się chciało. 

Potrafił recytować wszystkie napisane przez Szekspira fragmenty o miłości, jakby zostały stworzone specjalnie dla niego.
Morał: nigdy nie zakochuj się w kimś, kto woli mówić cudzymi słowami.

Oczywiście były momenty, które wkurzały. I niestety są to gównie te gdzie pojawiała się główna bohaterka. Jej dwoistość czasem przytłaczała. Potrafiła być intrygująca, cudowna i po prostu przyciągająca, jednak za chwilę stawała się kobiecym memłakiem, który jojczy nad niesprawiedliwością Świata. Podejrzewam, że Autor chciał pokazać jej różne odsłony, ale nie do końca wszystkie momenty zawładnęły moim sercem. I tyle. Więcej wad nie widzę, a usilnie szukałam. Naprawdę chciałam zjechać książkę i powiedzieć: taaa, wielka promocja, a dupa z tego wyszła. Nie mogę tego zrobić.
W treści poruszono wiele ważnych wątków. Zaufania, wierności, osobowości, oraz dążenia do celu. Twórca pokazał dwoistość charakteru. Jeśli czegoś się chce, można zmienić się w jednym momencie, wypuścić Krakena i nie zważać na konsekwencje. Nie wiem jak mam was bardziej zachęcić do przeczytania. Dla mnie, W żywe oczy, jest po prostu książką doskonałą. Może i włożyłam różowe okulary, ale dawno nie czytałam tak poplątanej i pełnej niejasności powieści. Sprawiła, że co chwile wstrzymywałam oddech oraz chciałam więcej. Jak jakiś ćpun. Teraz wiem, że Lokatorkę też przeczytam. Mam nadzieję, że dacie książce szansę. 




Moja ocena: 6/6

Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.



Czytaj dalej »

niedziela, 8 kwietnia 2018

Sowie opowieści #66 Iga Wiśniewska - Przebudzona


Urban fantasy to mój ulubiony gatunek. Wiem, że nie powinno się nikogo ani niczego faworyzować, ale taka jest prawda. Obojętnie czy sięgam po rodzimych autorów czy po zagraniczne dzieła, moja dusza się raduje, a uśmiech nie schodzi z twarzy. Ok, są lepsi i gorsi przedstawiciele, ale ostatecznie zawsze kończę powieść zadowolona. 

Zachęcona pozytywnymi reakcjami, postanowiłam sięgnąć po twórczość Igi Wiśniewskiej. W ramach prywatnej akcji: bo polskie nie jest takie złe, zasiadłam do serii. I muszę przyznać, że mój kontakt z Przebudzoną wspominam bardzo dobrze. Koniec lania wody, przejdźmy do recenzji. 
Tak naprawdę wszyscy jesteśmy samotni. Rodzimy się sami, żyjemy sami, potem umieramy i nie żyjemy. Też sami.
Przebudzona to drugi tom serii Wolne Miasto Rades. Nikt już nie jest bezpieczny. Księżyc nie gwarantuje spokoju. Ulice pustoszeją, a wszyscy chowają się w swoich domach. Niebezpieczna bestia wychodzi na ulice i poluje na ludzi, a nieznany morderca zabija paranormalnych. 

Władca zmiennokształtnych, David, chce rozwiązać zagadkę obu zbrodniarzy i odkryć czy sprawy są ze sobą powiązane, a czas ucieka. Kolejna pełnia jest coraz bliżej. Musi zebrać zespół, który pomoże mu wyjaśnić zagadkę. Niestety nie wszyscy są skorzy do pomocy. Co wyniknie z połączenia zupełnie różnych osób? Czy uda im się odkryć, kto zabija? I najważniejsze – czy Wolne Miasto Rades nareszcie będzie bezpieczne? 


Iga Wiśniewska, kobieta, która pokusiła się o wydanie serii Wolne Miasto Rades, urodziła się w 1994 roku, w Kielcach. Studiowała w Lublinie, na koncie ma dwa licencjaty oraz kilka wydanych tytułów. Uwielbia zabijanie bohaterów książkowych, czyżby drugi Martin? Pasjonatka mocnych brzmień, kultury rosyjskiej i ciepełka. I to właśnie ona sprawiła, że uwierzyłam w polskie urban fantasy. Dała mi szansę na podtrzymanie wewnętrznej radości. 

Kolejny raz! Tak, Iga znowu dała nam ciekawy tom, który czyta się z zapartym tchem. Jeden wieczór i po sprawie. Jest to jednocześnie smutne i radosne. Jeśli spojrzy się na szybkość pochłaniania tekstu, wtedy się wie czy coś jest dobre. Tu jest naprawdę zacnie. Autorka bogato opisuje wykreowany świat, nie zapomina o żadnym szczególe. Każda sytuacja jest realistyczna. Można przyczepić się do sporych rozmiarów opisów, ale w tym przypadku naprawdę nie wadzą. 

Twórczyni, w swoje dzieło wplotła bardzo dużo odniesień, zapożyczeń oraz wierzeń, które sięgają nawet mitologii. Zrobiła to jednak w zupełnie inny sposób, niż znani autorzy. Podczas czytania nie czułam jakbym spotkała się z utartymi schematami, wręcz przeciwnie. Przebudzona, jak i pierwszy tom Przeklęta, to nowatorskie podejście do tematu. Niczego nie można być pewnym. To co wiemy, nie ma racji bytu. I to jest właśnie piękne, ponieważ nie ma nic gorszego niż przewidywalność, którą spotyka się w dzisiejszych czasach. Aż się odechciewa czytać coś nowego. 
Przez chwilę prowadziliśmy pojedynek na spojrzenia, który w rzeczywistości był walką o dominację. Powietrze wokół nas zgęstniało, poziom agresji podskoczył. Wystarczył jeden ruch, żebyśmy rzucili się sobie do gardeł.
Mimo że jest to drugi tom, to można go czytać, bez znajomości pierwszej części. Oczywiście, umknie wtedy parę smaczków i możliwości lepszego wniknięcia w fabułę, ale nie jest to jakieś upierdliwe. Co do akcji, to uderza od pierwszych stron. Tempo jest naprawdę szybkie, ponieważ fabuła jest dobrze dopracowana. Nie wyłapałam jakiś sprzeczności czy uchybień. Spotkałam się jednak z czymś, to uradowało mnie ponad miarę. Romans nie jest głównym wątkiem! Nie ma tu miejsca nie wielkie poświęcenia, w imię dobra ukochanej osoby. Ok, każdy lubi czytać o miłości, ale nie powinna ona przysłaniać kluczowych wątków. Romans jest subtelny, lekko uzupełnia treść i pozwala działać wyobraźni. Podoba mi się ten zabieg, ponieważ relacje bohaterów podnoszą temperaturę, pozostawiają niedosyt i chęć na więcej. 


Widać, że autorka się rozwija. Sięga po coraz odważniejsze zabiegi literackie. Jej język nabiera głębi, charakteru i dużej ilości odniesień. Dialogi są plastyczne, wypełnione humorem. Nie da się nie śmiać, kiedy się je czyta. Wykreowany świat jest dynamiczny, pełny ciekawych postaci, bogato opisany z nutką mroku. I oczywiście, kolejny raz, zakończenie daje szansę na kontynuację. Mam nadzieję, że tak będzie, ponieważ coraz bardziej wtapiam się w świat Igi Wiśniewskiej. Nie chce przegapić niczego, co napisała. Jej styl jest lekki, przystępny oraz wciągający. 

Bohaterowie są wyraziści i nie ma tu miejsca na rozlazłych typków. Podoba mi się opowiadanie fabuły przez więcej, niż jedną postać. Można lepiej poznać świat książki oraz odkryć powody obecnego stanu rzeczy. Cudowne jest to, że przy tak bogatej obsadzie, nie da się pogubić. Czasem mam z tym problem, kiedy narracja jest prowadzona przez wiele osób. Tutaj wszystko jest płynne, historie się przenikają. Postacie opisane są dokładnie i nie ma żadnych faworytów. Kłębowisko różnych osobowości, daje wiele radości. 
Każdy wilkołak aż za dobrze rozumie, co przeżywa kobieta przed okresem. Gdy nadchodzi pełnia, czujemy się podobnie – rozdrażnieni, niekontrolujący gniewu i agresji.

I co ja mogę wam napisać na koniec? Oczywiście, że polecam. Kawał dobrego urban fantasy, którego kolejny tom ląduje na liście top! I ja wiem, dla mnie to też jej szok - w moim sercu gości polska autorka. I nie będę wybrzydzać tylko gorliwie czekać na kolejna książkę, pełną akcji, humoru i ciekawego otoczenia, od którego nie chce się uciec. Polecam z całego serducha. 


Moja ocena: 5/6

Za książkę dziękuję autorce oraz wydawnictwu Lucky.
Czytaj dalej »